
Przyciąga uwagę, poraża, fascynuje obraz wariata przenoszącego nad wiekami ogień z Circus Maximus do ciasnych zaułków niemieckich miast, w których rozmiłowana w mistycyzmie i kabale biedota żydowska ściska się wciąż w pierwszej połowie XX w. ze zwykłą nędzą na planie średniowiecznych ulic zupełnie tak samo beznadziejnie i bezpłodnie (bo cóż dobrego mogło z tego wyróść w Galilei?), jak w Aleksandrii faraonów w uliczkach zakwaszonych moczem, cuchnących zatęchłym brudem wilgotnych ścian - zalatywała latem w Czeladzi za Gomułki ulica Wąska, który to fetor poznałem dopiero w naszych dniach dzięki książce, którą żydowski poeta o słodkim nazwisku Süsskind zatkał wrażliwy nos czytelnika jak chusteczką aksamitnego w alegorycznym dotyku słowa: Paryż; tak samo Babilon i Ur, z którego Abram wyniósł się na wieczystą tułaczkę, miał w sobie fascynujące szaleństwo przyciągającej urody zapachów podwórek takich, jakie wciąż odwiedzić możesz na Zarzeczu w Wilnie, bo sam widziałem, pełne starych schodów drewnianych cudem jakimś jeszcze tylko trzymających się domów, wiszących przy nich tak samo jak w Piotrkowie Trybunalskim, jak cudowne ogrody wiszące w tych podwórkach. Rzym, z którego Nero wyjechał akurat do odległego o 60 km Antium w lipcu 64 r. po Chrystusie, żeby dla wszystkich było jasne, że on nie miał z tym szaleństwem nic wspólnego, nie było go nawet w tych dniach na miejscu zbrodni, tragicznej śmierci tysięcy ludzi, których pochłonęło ogniste piekło.
czytaj dalej